Polska falandyzacja prawa

Czy pamiętacie jeszcze ten termin? Może uczą o nim na wydziałach prawa? Zmarły kilkanaście lat temu profesor Lech Falandysz, od którego nazwiska termin „falandyzacja” pochodzi, dziś pewnie zastanawiałby się na zajęciach ze studentami, czy proces ten można odwrócić.

Spór wokół Trybunału Konstytucyjnego przypomina mi spór przeciętnego polskiego obywatela z policjantem na drodze. Jeśli ktoś chce sobie porównać polecam obejrzenie pierwszego z brzegu odcinka „Uwaga pirat!” lub innego podobnego programu telewizyjnego. Tam doskonale widać, jak w Polsce traktuje się przepisy, więc sposób potraktowania wyroków TK przez obecnych rządzących jest podobny.

Mamy więc odwracanie kota ogonem i wmawianie, że inni są lub byli gorsi. To usprawiedliwienie pierwsze. Jeśli się da, zaraz następuje wmawianie, że przepisy są wieloznaczne i ustanowione nakazy lub zakazy nie mają sensu. Potem następuje dyskusja na temat dobra wyższego, czyli: naruszam przepisy w imię słusznego interesu, którego zimny prawodawca nie rozumie.

Z taką mentalnością żyjemy od lat. Dla części tego społeczeństwa każde „lex” jest „dura”, jeśli tylko przeszkadza. A przeszkadza, bo przecież taka już nasza tradycja narodowa, żeby robić po swojemu. Rządzący pokazują, że metodę kwestionowania prawa na ludowy sposób można udoskonalić do granic możliwości. I do granic potrzeb, które w obecnym sporze zdają się być nieskończone.

Postępowanie polskich polityków z okresu, w którym żył profesor Falandysz można oceniać jako grę wstępną do tego, co dziś się dzieje w naszej ojczyźnie. Falandyzacja prawa rozwija się w postępie geometrycznym, a każde nieposzanowanie lub ignorowanie prawa w wymiarze indywidualnym znajduje naśladowców masowych. Co gorsza politycy - i nie oszukujmy, ale głównie politycy obecnie będący u władzy - zorientowali się, że w społeczeństwie znajdą sojuszników, więc poprzez przekaz medialny wskazują, że prawo jest przeznaczone tylko dla naiwnych, wybranych, a już w szczególności dla prawników, z których w każdej chwili można uczynić „chłopca do bicia”. Jeśli dziś największym autorytetem prawnym staje się administratywistka - Beata Kempa - to aby być sędzią sądu lub prokuratorem nie trzeba mieć chyba żadnych kwalifikacji.

Na tle takich zachowań słowa jednego ministra, który mówił coś o „duchu” prawa, które należy stawiać ponad „treść”, wydają się niewinne. Skoro zatrzymany przez policję potrafi powiedzieć wprost, na drodze, że w Polsce znaki drogowe są bez sensu a przejścia dla pieszych nie mają uzasadnienia w miejscach „gdzie nikt nie chodzi”. W ten sposób uczniowie przerośli mistrza, a droga do ogólnego chaosu w państwie staje otworem.

Nie piszę o tym wszystkim dlatego, że jestem zbulwersowany słowami tego czy innego ministra rządu lub pani premier, która po prostu uznała, że Trybunał Konstytucyjny, czyli najwyższy sąd w tym kraju, nie spotkał się po to żeby wydać ważne dla obywateli orzeczenie. Jestem zbulwersowany bo zauważyłem pewną zbieżność do zachowania polityków, grupy młodych kierowców z Krakowa, którzy uznali, że zatrzymanie ich przez policję było nękaniem, nieposiadanie gaśnic w samochodach nie jest niczym złym, a w ogóle to ich spotkanie przypominało spotkanie kilkuset kierowców, na parkingu pod galerią handlową. Żeby było jeszcze bezczelniej, to nie spotkali się po to, by kręcić bączki, ale żeby zbierać pieniądze na szczytny cel.

Ot i całe wytłumaczenie. Bo rządzącym pewnie też przyświeca jakiś „szczytny” cel?
Trwa ładowanie komentarzy...