O autorze
Prawnik, zawodowo zajmujący się podatkami. Stały felietonista „Parkietu”, dla którego rubryka gazety specjalistycznej jest zbyt ciasna. Na blogu nie będzie się ograniczał do jednego ulubionego tematu. Jeśli da się połączyć wędkarstwo, modelarstwo i książkę historyczną w jednym – zrobi to!

Początek końca żoliborskiego marszałka

Ostatnie wystąpienia i wywiady Jarosława Kaczyńskiego wskazują na to, że jego kondycja nie jest najlepsza. Wielki projekt przebudowy Polski, który miał być hasłem porywającym zawiedzionych i rozżalonych ośmioletnimi rządami PO, w ciągu tygodni zamienił się w obronę kilku prowokacyjnych decyzji personalnych i wyborczych kiełbasek, które można nazwać co najwyżej bonusem do ciepłej wody. Jeśli jakąkolwiek wizję IV RP miałoby odzwierciedlać wykrzyczane zdanie o "komunistach i złodziejach" czy bezmyślnie powtarzana fraza o "gorszym sorcie obywateli" (to nie pierwszy raz, gdy Kaczyński posługuje się podobnym epitetem), to jest to wizja polityka zgorzkniałego i świadomego końca swojej roli. Politycznego emeryta, który być może umyślił sobie, że aby trafić na szersze karty podręczników historii, powinien pozostawić po sobie zgliszcza.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, ale warto zwrócić uwagę na dwie najważniejsze. Po pierwsze Jarosław Kaczyński nie jest pragmatykiem. To największy jego mankament, jako polityka, bo we wszystkich przemówieniach, wywiadach i wystąpieniach pokazuje symptomatyczne oderwanie od rzeczywistości. Być może stracił z tą rzeczywistością kontakt już kilka lat temu, a ponieważ w ostatniej kampanii werbalnie musiał pościć, trudno oczekiwać, że teraz będzie więcej realizmu. Kaczyński nie musi prezentować projektów ustaw i konkretnych rozwiązań ekonomicznych. Pomysły PiS i tak ma realizować kto inny. Tymczasem Prezesa zawsze nakręcały dwie rzeczy: decyzje personalne i „wielkie” projekty, które odnosiły się głównie do tematów mało interesujących przeciętnego obywatela.



Po drugie, Jarosław Kaczyński zdał sobie chyba sprawę z tego, że w pojedynku na polityka ostatniego dwudziestopięciolecia przegrał wyraźnie ze wszystkimi. Miał być premierem - był, ale na krótko. Miał być prezydentem - był, ale tylko za pośrednictwem swojego brata. Teraz też musiał zrezygnować z zaszczytów, bo inaczej PiS miałby problemy z uzyskaniem sukcesu. Strategia która dała PiS zwycięstwo okazała się dla Kaczyńskiego przekleństwem w kategoriach osobistych. Jego główny rywal, Donald Tusk, rządził Polską rekordowo długo i nadal jest aktywny, choć na zupełnie innym poziomie. Poza tym nie można go dosięgnąć, bo w obecnej sytuacji stanął z boku i przyczajony na brukselskiej posadzie może obserwować ostatnie wykrwawienie prezesa.

Kaczyński przez swych apologetów jest uznawany za wielkiego stratega, gracza i rozgrywającego. Teraz rozgrywa swoją ostatnią batalię, która przypomina - jeśli już sięgnąć do przywoływanych przez bohatera terminów wojskowych - niemiecką ofensywę w Ardenach. Będzie trochę paniki, ale skończy się ostateczną klęską. Klęską polityka, który dwadzieścia pięć lat temu też rozegrał swojego kandydata w wyborach prezydenckich, by następnie, po kilkunastu miesiącach spalić jego kukłę pod Belwederem. Może się jednak okazać, że tym razem ostatecznie zostanie spalona kukła samego Kaczyńskiego.

Pierwsza potyczka doborowych oddziałów PiS może budzić w elektoracie tej partii spore nadzieje, a w szeregach opozycji panikę. Szykują się zmiany, które przyniosą wymierny efekt w postaci kilku symbolicznych świadczeń. Rozmontowane zostaną mechanizmy kontroli. Opozycja nie będzie mogła nic zrobić. I wtedy zaczną się prawdziwe schody. Bo w tym planie nie ma żadnej wizji i żadnych faktycznych pomysłów. Paliwa starczy na kilka awantur i uchwycenie przyczółków we wszystkich instytucjach godnych zainteresowania w ramach procesu "odzyskiwania" Polski. A potem albo zabraknie pieniędzy, albo zabraknie wroga. Przebrane w patriotyczne stroje oddziały obnażą swój cynizm i odsłonią prawdziwą frazeologię programu. Tak jak zrobił to wódz, których w ostatnich starciach pokazuje rzeczywisty stosunek do ogółu obywateli.

Jarosław Kaczyński rozgrywa plan, w który wierzą tylko zaślepieni jego pozornym geniuszem. Dla tych bardziej pragmatycznych stronników wodza finał może być smutny. Może Trybunał Stanu, może koniec politycznej i jakiejkolwiek innej kariery. Gdy prędzej czy później skończy się kadencja tego rządu, Kaczyński zostanie ze swoimi urojeniami sam. Przegrany, bo tak naprawdę nigdy niczego nie zbudował na trwałe. W podręcznikach może napiszą o nim kilka zdań, ale historia potraktuje go mniej wyrozumiale niż zagorzali zwolennicy.
Trwa ładowanie komentarzy...