A co z gospodarką?

Wystarczyło kilkanaście dni i kilka specjalnie wykorzystanych nocy, aby przyznać rację tym, którzy przed ostatnimi wyborami straszyli nas, że zmiana niczego lepszego nie przyniesie. Sprzeciw wobec ośmiorniczek poskutkował nakarmieniem „ośmiornicy”, która z siłą proporcjonalną dla „zespołu odstawienia” rozpoczęła swój atak.

Spór o Trybunał - niepotrzebnie zresztą nazywany sporem, bo w sporze walczą ze sobą jakieś racje - jest tylko wstępem. Wstępem do działań, mających na początku nasycić roszczeniowy elektorat zwycięskiej partii, a potem przynieść niezdefiniowaną i mglistą zmianę. Jak ta zmiana odbije się na przedsiębiorcach, biznesie, handlu zagranicznym, produkcji i wreszcie na naszych kieszeniach, nie wiemy.

W niektórych felietonach dotyczących gospodarki, giełdy i finansów komentatorzy wydawali się mieć jakąś nadzieję i pocieszenie, nawiązując do poprzedniej, krótszej kadencji pod szyldem obecnie rządzących. Kilka dni wystarczyło, by tezy z tych artykułów upadły. Giełda dołuje, Tamborski odchodzi, złotówka słabnie a wszystkie pomysły zgłaszane na tle symboliczne infantylnej, zielonej „mapy drogowej” pokazują, że najbliższym celem naszego kraju jest festiwal szybkiej konsumpcji. Kosztem tych, których na szybko można oskubać wprowadzanymi w pośpiechu podatkami.

Większość wyborców staje więc przed dysonansem poznawczym. Jak oceniać to co się dzieje? Czy korzyści warte są strat? A zresztą… Jakie są straty? Kilku sędziów, gdy przed nami perspektywa 500 zł, kwoty wolnej od podatku, niższych emerytur czy dopłat do leków?

Warto może przypomnieć z historii, a nie jest to przesadą, że każda autorytarna władza działa w podobny sposób. Dwukanałowo, co oznacza, że z jednej strony podejmuje skoncentrowany atak na podstawy demokratycznej konstrukcji państwa, który zawsze dla części społeczeństwa objaśniany jest jako „zaprowadzanie porządku”, a z drugiej strony konsoliduje finanse i gospodarkę dla własnych i zawsze ściśle politycznych celów. Nie należy się łudzić - prezentowane zmiany w finansach, emeryturach czy te odnoszące się do zarządzania całą gospodarką nie są celem, ale narzędziem nowej władzy. Docelowo „chleba z tego nie będzie”, raczej spalone skórki…

W poprzedniej, krótkiej kadencji premiera Kaczyńskiego, zbudowanej z dwoma koalicjantami, gra toczyła się o przejęcie całej władzy. Tamten plan się posypał, dlatego gospodarka nie zdążyła odczuć ile warte są pomysły PiS na opodatkowanie, emerytury, rynek kapitałowy czy strategiczne projekty modernizacyjne. Wtedy aktywna była jeszcze Zyta Gilowska - pomysły niezrealizowane w partii, która ją porzuciła, próbowała zaszczepić przygarniającym ją politykom. Teraz Gilowskiej nie ma, a o realnych reformach możemy zapomnieć.

Czy czeka nas „rozwój, rozwój, rozwój”? Raczej nie. Powtarzanie jednego słowa wygląda tylko na zaklęcie. Zmęczenie reformami, które są konieczne i do których nie potrafili przekonać czciciele „ciepłej wody” zostanie odreagowane „zwijaniem” wszystkiego co niewygodne, uciążliwe i wymagające. Jeśli przy tym utracimy polityczne wsparcie Unii Europejskiej i zaczniemy się zamykać od każdej strony naszych granic, czeka nas regres. Po krótkotrwałej konsumpcji przyjdzie więc zgaga, dużo większa od tej, która pozostała po niesławnych posiłkach u Sowy.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...